NieCodziennik

Dzień Lenia czyli dzień jak co dzień

9 lipca 2015
Bez tytułu

Budzisz się za wcześnie. Stanowczo za wcześnie. Zegar niedawno wybił 5.30. Powieki same opadają i nawet zapałki niewiele są w stanie pomóc twym ciężkim jak ołów powiekom. Powolutku, mozolnie starasz się ze wszystkich sił otworzyć oczy. Jeszcze choć pół godzinki.. Marzysz…

 

Niestety nawet na marzenia nie możesz sobie w tej chwili pozwolić. Oplatają cię maleńkie rączki. Mały człowiek wdrapuje się po Tobie, daje soczystego buziaka i woła ‚am am’. Podnosisz się ekspresowo z wygodnego łóżka, które jak najdłużej chciałoby zatrzymać cię w swych objęciach, i czym prędzej uciekasz z pokoju z małym człowiekiem na rękach, cicho zamykając drzwi, żeby tylko człowiek większy  pospał choć jeszcze trochę.

Brzmi jak kadr z kina akcji? E tam.. standardowy poranek u nas w domu.

Minuty upływają  szybko. Dopiero wstałaś w środku nocy a tymczasem jest południe. Za moment trzeba podać obiad. A przed chwilą przecież zjadłyście śniadanie. Stop. Śniadanie zjadły dzieci. Karmiłaś je długo. I nawet bajki niespecjalnie pomagały w schrupaniu całej porcji. Ty ciągle pijesz zimną kawę. Już  3 godziny. Nawet już do połowy kubka doszłaś. Taka smaczna kawka. Prawie frappe. Na upał jak znalazł. Śniadanie dojadłaś po dzieciach.

A teraz nieszczęsny obiad. Zdrowo. Bilans kaloryczny zachować.. Wcześniej oczywiście musisz wyjść po zakupy, bo mimo starań do tej pory nie potrafisz sprawić, by same się zrobiły. Zakupy… Sama przyjemność. Skoczymy sobie na krótki spacerek. Rzut beretem na pobliski bazarek. Będzie pięknie. Słońce świeci. Praży. Żar leje się z nieba. Powoli przecierasz różowe okulary na nosie – co one tak dziś parują? jakieś rysy mają? Czemu nie pokazują świata tak pięknie pozytywnego, jak wczoraj? A może przedwczoraj? Spadasz na ziemię. Z łoskotem. Ups… To jednak nie ty. To Młodsza Córi rzuciła ci pod nogi buciki. „Bam” i ” tiam tiam” (pokazując drzwi). Skoro jednak już nie bujasz w obłokach, to realnie oceniasz sytuację. Gdzie jesteśmy?… A tak.. zakupy… Jak nic zajmą z półtorej godziny. Lekko licząc. Jak się szybko ubierzemy, czyt. minimum godzina, to do 13 powinnyśmy wrócić. Po spacerku… (sama przyjemność z dziesięciokilogramowym ciężarem na ręku, bo przecież wózek w dupcie kłuje, a mamusi tak się podoba najwspanialsze gt; drugim skarbem uczepionym ręki i siatami z zakupami) wdrapujesz się ostatkiem sił na ostatnie piętro przeklinając chwilę, gdy czwarte piętro wydawało wam się takie przyjazne i takie bliskie parteru…  dzieci chcą spać. Nie udaje ci się nawet odgrzać wczorajszej zupki. No nic.. zjedzą, jak wstaną. Stop. Zje starsza po drzemce, bo przecież młodsza pospała pół godzinki na zakupach, więc już na chwilę wspólnej drzemeczki nie masz co liczyć.

Walczysz zatem z uporem maniaka, aby łaskawa mała pani choć tym razem zrezygnowała z matczynego mleka i postarała się zjeść choć kilka (3? 4? 10?) łyżek obiadu… Skutek, jak zawsze… Nie ma się, co łudzić. Na tym polu ponosisz sromotną klęskę. Jesteś kobieto za miękka, mięciutka jak futerko i tak łatwo ulegasz swej dziecinie, która kręci noskiem na wszystko, co proponujesz jej zjeść.

Popołudnie już się skończyło. Witasz wraz z dziećmi powracającego po pracy Tatę. Podajesz obiad. Albo i nie, bo Mąż zjadł w pracy, więc okazja, żeby samej coś schrupnąć przeszła koło nosa. Tylko dla siebie przecież nie opłaca się odgrzewać.

Już? Wieczór? Kąpanko. Usypianko.. … i znów 22. Kiedy ten dzień minął?! Oczy się zamykają, ale przecież nie pójdziesz spać z kurami i własnymi dziećmi. Może jakiś filmik obejrzycie? Może winko? Nie tym razem. Mąż skupiony na pracy. A  Ty udajesz, że nie widzisz, że w rogu pokoju czeka Mont Everest do uprasowania. Przez kilka dni nie patrzyłaś w tamtym kierunku. Mądra Kobieta. Co z oczu, to i z serca. Tylko z zamkniętymi oczami dokładałaś kolejne pranie pełna nadziei, że może jakaś dobra wróżka uprasje. Albo najlepiej samo się. Bałagan jakoś sam się robi, choć nikt go nie prosi, ani specjalnie za nim nie tęskni…

Dziś może też odpuścisz prasowanie, bo inne dylematy zaprzątają głowę – a to obiad, a to dodatkowe zajęcia. A to już lipiec się zrobił. Piękny. Upalny. Warto byłoby zaplanować wakacje. Wybrać miejsce. Włączasz komputer. 200 aktualizacji… no cóż… zapomniałaś o nim ostatnio… No dobra, z pół roku nie włączałaś, to masz za swoje. Bądź wyrozumiała i daj mu choć pięć minut na aktualizacje.

Północ. Zerkasz na monitor. Co?! jeszcze nie koniec. Trudno. O północy i tak nigdzie nie zadzwonisz. Jutro też jest dzień.

Dzień jak co dzień.

 

Pozdrawiam Wszystkie pracujące i „leniuchujące” mamy :)

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply